RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Książka – fragmenty’

Poniżej przeczytasz pierwszy rozdział pisanej przeze mnie powieści. Będzie to lekka i dynamiczna opowieść osadzona w baśniowym świecie, przepełniona przygodą, walką z przeciwnościami oraz koniecznością podejmowania trudnych wyborów mających zmienić oblicze wielu istnień.

05 mar

Rozdział I

 

Krzyk niósł się taflą niewielkiej rzeczki, krzyk stanowczy, choć cienki. Jego właściciel z niezwykłą determinacją, jak wtedy sądził, walczył o swe życie. Należy jednak przedłożyć Ci jego przyczynę. Otóż to, szum rzeczki zwanej Yardcheed, płynącej przez wieś Yardchar, rozweselał Georgowi dzień. A był to doprawdy dzionek przesłoneczny, wzmagany jeszcze zapachem traw, ziół i kwiatów pobliskich łąk. Twój bohater właśnie miętoli w ustach białą koniczynę wylegując się na brzegu owej rzeczki. George, jako bystry młodzieniec napawa się właśnie swoją siódmą wiosną, kłusując rybki z królewskiego strumienia. Jednak jego uwagę przykuwa niepokojący cień. Dostrzegł on na niebie niewielki punkcik, który nie może dla niego oznaczać nic dobrego. George szybko przekonuje się, iż i tym razem intuicja go nie myliła. W następnej sekundzie cień nabrał treści. Ba! Nawet nazwy. Był to rzeczny kamień. Trafiając Georga prosto w lewy łuk brwiowy skutecznie spełnił swe zadanie. Chłopiec nie mógł wiedzieć, że jego skóra nie podołała napięciu i pękła, tworząc pokaźną ranę odsłaniającą fragment czaszki oraz zalewając twarz krwią. Stracił przytomność…

Zimno. Przenikliwe zimno spływało mu po twarzy i kłuło w pierś. Krzyk. Krzyk wydarł się z piersi chłopca z taką mocą, na jaką tylko było go stać. Otworzył oczy, którym ukazał się nader niemiły widok. To Carl i jego kompania stali z szyderczymi uśmiechami. On sam klęczał na brzegu Yordcheed ze związanymi rękoma i potwornym bólem głowy. Rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby wybawić go z opresji. Był na niewielkiej plaży osłoniętej z trzech stron gęstą ścianą trzcin.

         – Patrzajcie chłopaki jak się wije robal jeden. – Nieśmiało rozpoczął rozmowę Carl.

         – Chciałeś se rybeczek podjeść, co?                                   

         – Może by tak kazać mu jedną w całości i na surowo zeżreć? – Zasugerował jeden z kompani.        

         –  Zawrzyj dziób baranie – warknął herszt – A co do ciebie mały mnisi pomywaczu, mam dla ciebie zadanie.

 Na te słowa twarz Carla wykrzywił makabryczny jak na jedenastolatka uśmiech.

­         – Żuku gnojaku patrzaj tylko na me buty. Caluśkie są od łajna i błocka, wyczyścisz mi je zlizując to wszystko. Oto właśnie twoje zadanie – odparł z wyraźnym zadowoleniem Carl przy wtórze dzikiego śmiechu młodocianej kompanii.

         – Nigdy w życiu ty zjełczały końs… – W tem George został zasypany gradem ciosów i kopnięć. Oraz siłą doprowadzony przed oblicze Carla.

Strach. Strach tak przejmujący owładnął chłopcem, iż tylko jedna rzecz była w stanie z nim wygrać.

Ból. Ból zadawany przez starsze dzieci łamie ostatnie psychiczne bastiony Georga. Klęcząc spełnia powierzone mu zadanie, a po jego policzkach spływają łzy.

 

 

† † †

 

 

 

 

 

Miasteczko Yardchar mieni się blaskiem tysięcy rozbłysków, powstałych z promieni dojrzałej jutrzenki odbitej w delikatnych kroplach rosy tkanych po dachach. Jest to niewielka mieścina, położona w delikatnej nizinie, licząca zaledwie osiemnaście budynków. Nie licząc górującego nad nim klasztoru osadzonego na niewielkim skalnym wzniesieniu. Wieś przedzielona jest przez rzekę Yardcheed. Otoczona przepastnymi pastwiskami, mieszającymi się z puszczą. Las ten zwany jest przez miejscowych bożym borem. I chodzą o nim ludowe legendy, pozwalające tylko nielicznym śmiałkom na wkroczenie weń po zmroku. Domy w Yardchar stawiane są tylko i wyłącznie z dwóch budulców, drewna i gliny. Z wyjątkiem klasztoru zbudowanego z litego, równo ociosanego kamienia. Mieszkańcy żyli niespiesznie prawami dyktowanymi przez naturę i króla. Yardchar przecina najznamienitszy trakt o wdzięcznej nazwie „Złoty”. Wiedzie on od Północnego miasta wilków morskich Seacork przez stolicę Nadclif aż po południowe miasto bogactw i diamentów Damas Ventus. Wróćmy jednak do spokojnej osady Yardchar. W ów miasteczku panował względny dostatek. Miasteczko zasilane przez czterech farmerów dawało byt młynarzowi, rzeźnikowi i tawernie o wdzięcznej nazwie „Świerzbi noga”. Na uboczu nieopodal klasztornych winorośli znajdowała się jeszcze chatka starego rybaka. Cóż mogę rzec o mieszkańcach tejże wsi? Na pewno to, iż żyją w dostatku, bliskość ulubionego przez rodzinę królewską klasztoru zapewniała dyskretną ochronę.

 

† † †

George leniwie otworzył oczy. W pokoju panował jasny półmrok. Powietrze było duszne, ciężkie i zatęchło po nocy. Młodzian usiadł na swym cieniutkim i mało komfortowym senniku. Proces mozolnego rozbudzania skutecznie wspomagały wszech obecne wszy.

         – No George powitaj kolejny promiennie zawszony dzień. – Rzekł młodzian w szorstkim monologu wspierając ręce na kolanach i zbierając się w sobie.

Chłopiec po kilku krótkich oddechach i długim zastanowieniu wstał. Ruszył niespiesznie do wiadra z wodą ustawionego pod malutkim piwnicznym okienkiem. Świeży poranny promień słońca padł na jego lico. Muskał jego twarz przyjemnie grzejąc. George utkwił wzrok w odbiciu na powierzchni spokojnej wody. Tafla odbijała młodzieńca o kruczo czarnych włosach, niewielkim pyrkowatym nosie oraz wydatnych nabrzmiałych wargach. A ponad to wszystko okraszone tłustym owalem twarzy zwieńczonej dwoma podbródkami. Gdyż widzisz Twój bohater był nader żarłoczny. George uśmiechnął się delikatnie i zajął poranną toaletą.

† † † 

W sali jadalnej zebrali się już prawie wszyscy mnisi. George uwijał się jak mógł żeby suto zastawić długi na ponad trzy metry stół. Znalazły się na nim kosze świeżego pieczywa, rzeczne raki pieczone na maśle, przepiórcze jaja, wędzony węgorz oraz bażanci pasztet z żurawiną. Ponad to kilka sporych antałków miodu pitnego. Klasztorni mnisi, bowiem nie skąpili sobie jadła. Główne miejsce zajął Przeor Belhior rozpoczynając poranną modlitwę. A tymczasem twój bohater smacznie pałaszował homara, zlizując ściekające po palcach roztopione masło.

         –  George zakończ już to obżarstwo, umyj się i zajmij robotą. Najesz się jak śniadanie dobiegnie końca.         – Ponaglił go brat Dobi.

         –  Ale ja później będę miał wszystka zimne…

         –  Dyskusje są zbędne, znasz swoje obowiązki i ich wyższość nad przyjemności.          – Prawiąc to, Dobi delikatnie poklepał chłopca po ramieniu.

         –  Tak bracie Dobi, przepraszam i chyżo biorę się do pracy.    –  Odparł twój posmutniały bohater.


Śniadanie mijało tradycyjnie a dzień jedenastych urodzin chłopca nie zwiastował nic niezwykłego. Dostał on symboliczne prezenty od wszystkich braci i powrócono do swych obowiązków. Jednak drogi czytelniku wiedz, iż ten dzień na długo pozostanie w pamięci twego bohatera.   

 

 

 

 

 

 

 

Serdecznie zachęcam do pozostawienia opinii.

I.B.S

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Książka - fragmenty

 
 

  • RSS